Szuflada z kartami
Kostki gąbki i kulki plasteliny na niskim stoliku przedszkolnym, obok dziecięce dłonie oparte o blat

Poniedziałek przy stolikach. Dziesięć minut rozgrzewki, zanim ktokolwiek dostanie kartkę

W poniedziałek o 8:30 moja grupa to 23 czterolatków, z których połowa myślami jest jeszcze u babci na niedzielnym obiedzie. Przez pierwsze lata pracy sadzałam ich od razu przy stolikach, rozdawałam kartki i kredki, i czekałam. Po trzech minutach ktoś płakał nad złamaną kredką, ktoś inny siedział pod stołem, a reszta patrzyła w okno.

Dziś nikt nie dostaje kartki, zanim nie zrobimy dziesięciu minut rozgrzewki. Nie wymyśliłam tego sama. Podpatrzyłam u koleżanki z sali obok, która od lat prowadzi pięciolatki, i przez kilka sezonów przerobiłam po swojemu.

Jak to u nas wygląda

Siadamy przy stolikach, dłonie płasko na blacie. Potem po kolei:

Kolejność nie jest przypadkowa. Najpierw ruch z ramienia, potem łokieć i nadgarstek, na końcu palce. Dopiero po tym kładę na stole kartkę.

Co robiłam źle przez cały rok

Kiedy zaczynałam z rozgrzewką, robiłam ją w trzy minuty. W głowie miałam plan dnia, wpisy do dziennika i poczucie, że "prawdziwa" praca to ta przy kartce. Dzieci ledwie zdążyły dotknąć plasteliny, a ja już rozdawałam kredki.

Zorientowałam się dopiero w listopadzie, kiedy zaczęłam w zeszycie w kratkę stawiać kreskę przy imieniu każdego, kto skończył kartę bez płaczu i bez rzucania kredką. Przy trzech minutach rozgrzewki wychodziło mi około 12 dzieci na 23. W grudniu, przy pełnych dziesięciu minutach, 18 albo 19. To nie jest żadne badanie, tylko moje kreski ołówkiem. Ale różnica była za duża, żeby udawać, że jej nie ma.

Druga wpadka to plastelina z marketu, duże opakowanie za 12 zł. Była tak twarda, że czterolatki nie dawały rady jej rozgrzać w dłoniach. Kilkoro skarżyło się, że bolą ich ręce, zanim w ogóle zaczęliśmy. Teraz kupuję miękką, w pojedynczych kolorach, i płacę za nią prawie dwa razy więcej.

Dzieci, które nie chcą

W każdej grupie jest dwoje, troje takich, które nie będą stukać w stół, bo nie. Kiedyś namawiałam, prosiłam, w końcu odpuszczałam z westchnieniem, które dzieci świetnie słyszą. Teraz daję im zadanie: jedno zostaje dyrygentem burzy i pokazuje ręką, kiedy grzmi mocniej, a kiedy przestaje padać.

Kuba z zeszłorocznej grupy dyrygował przez cały wrzesień. W połowie października sam wyciągnął rękę po gąbkę i nikt z nas nie skomentował tego ani słowem.

Czego nie robię

Nie puszczam do rozgrzewki piosenek z telefonu. Próbowałam przez dwa tygodnie i dzieci słuchały muzyki, nie mnie, a burza wychodziła wtedy, kiedy chciał wokalista. Nie robię jej też po leżakowaniu, bo o 14:00 nikt nie ma siły na grzmoty.

Co z tego widać na kartce

Czterolatek, który siada do kartki z zimnymi, sztywnymi dłońmi, ściska kredkę jak młotek. Po dziesięciu minutach gniecenia i stukania trzyma ją luźniej. Widzę to po kresce: mniej dziur w papierze, mniej kredek w kawałkach. Kiedyś nowe opakowanie kredek świecowych otwierałam co sześć tygodni. Teraz jedno wystarcza nam mniej więcej na trzy miesiące.

Poniedziałek nadal jest poniedziałkiem. Tyle że zaczyna się od burzy na stole, a nie od płaczu.

B

Beata

Przedszkolanka z Rybnika, dwadzieścia lat w zawodzie, w tym roku znowu z czterolatkami. Zapisuję, co w sali wyszło, a co nie. Więcej o mnie.