Kasztany, liście i wiadro w szatni. Jesień w grupie czterolatków
Jesień w przedszkolu zaczyna się u mnie od jednego zdania z porannego koła: "Proszę pani, a kasztany już spadły?". Pada zwykle w drugim tygodniu września, zanim jakikolwiek kasztan faktycznie spadnie. Od tego dnia do Wszystkich Świętych każdy spacer jest wyprawą po skarby.
Skąd bierzemy kasztany
Chodzimy na skwer za przedszkolem, gdzie rosną cztery stare kasztanowce, a raz w tygodniu dalej, nad Nacynę. Ten dłuższy spacer to dla czterolatków spory wysiłek, około 20 minut w jedną stronę, więc biorę go tylko przy suchej pogodzie i z drugą osobą do pomocy. Każde dziecko ma swój papierowy woreczek podpisany flamastrem. Plastikowych nie używam, bo mokre kasztany w foliówce po dwóch dniach zaczynają pachnieć piwnicą.
Co z nimi robimy
Kasztany przydają się w sali na więcej sposobów, niż sama zakładałam, kiedy zaczynałam pracę.
- Liczenie. Na stole kładę talerzyki z cyframi od 1 do 5, a dzieci wkładają odpowiednią liczbę kasztanów. Czterolatki liczą zwykle poprawnie do trzech, dalej zaczyna się zgadywanie i to jest w porządku.
- Sortowanie. Duże do jednego koszyka, małe do drugiego, z łupinką osobno. Przy okazji rozmawiamy, czym różni się kasztan od żołędzia, bo żołędzie też przynoszą.
- Tor z kasztanów. Układamy na dywanie drogę, po której przechodzi się stopa za stopą. Świetne na równowagę, gorsze dla kasztanów.
- Ludziki. Te robimy na samym końcu, kiedy kasztany są już trochę przesuszone.
Ludziki, czyli moja wieczorna robota
Czterolatek nie przebije kasztana wykałaczką. Ja też nie przebiję, jeśli kasztan jest świeży. Dlatego dzień przed zajęciami siedzę wieczorem w garażu i nawiercam dziurki cienkim wiertłem, 2 mm, wkrętarką męża. Na jedną grupę to około 60 kasztanów, trzy dziurki w każdym. Zajmuje mi to półtorej godziny i mąż za każdym razem pyta, czy nie da się tego zrobić prościej.
Nie da się. Próbowałam z gwoździem i młotkiem, kasztany pękały na pół.
Wykałaczki kupuję z zaokrąglonym końcem. Ostre obcinam nożyczkami, zanim trafią na stolik, bo przy dwudziestu trojgu dzieciach ktoś zawsze sprawdzi, czy kłuje.
Liście w książkach
Liście zbieramy przy każdym spacerze i suszymy między kartkami. W tym roku już wiem, że nie w książkach z półki w sali. Przez lata używałam do tego starych encyklopedii, które ktoś przyniósł z domu, aż w październiku mokre liście przebarwiły kilkadziesiąt stron i pofalowały grzbiet. Teraz mam stos starych gazet i dwie cegły z budowy obok, owinięte w folię. Wygląda to mniej elegancko, ale działa.
Z wysuszonych liści robimy odbitki farbą, jeża z liści klonu i koronę dla jesiennej królowej na bal w listopadzie.
Czego nie powtórzę
Wiadra w szatni. Kilka lat temu postawiłam przy drzwiach wiadro, do którego każdy mógł wrzucić kasztany ze spaceru. Po trzech tygodniach było ich tam z 15 kilogramów, na dnie mokrych. Nikt nie zajrzał do środka aż do dnia, kiedy panie sprzątające zapytały, co tak dziwnie pachnie. Pół wiadra było spleśniałe, reszta nadawała się tylko do kompostu.
Teraz kasztany suszymy na tacach przy kaloryferze, rozłożone w jednej warstwie, i przebieram je co kilka dni. Nadmiar dzieci zabierają do domu w piątek, w swoich woreczkach.
Jedna uwaga dla rodziców
Kasztany są duże, ale żołędzie i buczyna już nie. Czterolatki wkładają do buzi rzeczy, których się nie spodziewamy, więc w sali żołędzie leżą tylko na stole, przy którym stoi któraś z nas. Na spacerze pilnuję, żeby wszystko lądowało w woreczku, a nie w kieszeni kurtki. I tak co roku ktoś znajduje potem kasztan w pralce, o czym uprzedzam na wrześniowym zebraniu.
